Witamina D. Polska każe suplementować, świat mówi „po co"

Twoja polska apteka i przychodnia mówią jednym głosem: od października do marca bierz 2000 jednostek witaminy D dziennie, a przy większej wadze ciała — 4000. Twoja koleżanka, która mieszka w Stanach, słyszy od swojego lekarza coś zupełnie innego: nie ma sensu nawet robić badania, chyba że jesteś w ciąży, masz ponad 75 lat albo stan przedcukrzycowy.

Obie dostały zalecenia od poważnych instytucji medycznych. Żadna nie kłamie. To po prostu spór, który wciąż trwa — i warto zrozumieć, o co w nim naprawdę chodzi, zanim się kogokolwiek posłucha.

Skąd ten rozjazd

W 2024 roku amerykańskie Towarzystwo Endokrynologiczne opublikowało nowe wytyczne dotyczące witaminy D u zdrowych dorosłych. Zalecenie było wyraźnie zachowawcze: dla osób poniżej 75. roku życia bez szczególnych czynników ryzyka — trzymać się zwykłej dziennej normy 600 jednostek, bez rutynowego badania krwi i bez dodatkowej suplementacji „na wszelki wypadek". Wyższe dawki i regularne badania panel zarezerwował dla wąskich grup: dzieci i młodzieży do 18. roku życia, dorosłych po 75., kobiet w ciąży oraz osób ze stanem przedcukrzycowym wysokiego ryzyka.

To coś więcej niż drobna korekta. Towarzystwo Endokrynologiczne wprost wycofało się z własnej, wcześniejszej definicji „wystarczającego" (od 30 ng/ml) i „niewystarczającego" (20–30 ng/ml) poziomu witaminy D we krwi — progów, które przez ponad dekadę były podstawą milionów badań i recept na całym świecie.

Polskie wytyczne z 2023 roku, przygotowane przez zespół pod kierownictwem profesora Pawła Płudowskiego przy współpracy międzynarodowych ekspertów, poszły w zupełnie inną stronę. Zalecają dorosłym 800–2000 jednostek dziennie przez cały rok, z celem utrzymania poziomu 25(OH)D w zakresie 30–50 ng/ml — a więc dokładnie tego przedziału, który Amerykanie właśnie odrzucili jako podstawę do działania.

Argument geograficzny — i jego granice

Polskie wytyczne mają swoje uzasadnienie, i nie jest ono absurdalne. W Polsce, na tej szerokości geograficznej, promieniowanie UVB potrzebne do syntezy witaminy D w skórze praktycznie nie występuje od października do marca — nieważne, ile czasu spędzisz na dworze. To realna różnica względem części Stanów Zjednoczonych, gdzie słońca jest więcej przez cały rok.

Problem w tym, że ten argument nie tłumaczy całej różnicy w dawkach. Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności — a więc unijna instytucja, która obowiązuje również Polskę — ustaliła swoją rekomendowaną dzienną dawkę na poziomie 600 jednostek dla zdrowych dorosłych, świadomie zakładając przy tym scenariusz minimalnej ekspozycji na słońce. Innymi słowy: nawet instytucja, która z góry policzyła najgorszy przypadek braku słońca, wylądowała blisko amerykańskiej liczby, a nie polskiej.

Skąd więc wciąż tak duża różnica? Odpowiedź leży nie w geografii, tylko w tym, jakich dowodów każda ze stron zażądała, zanim ogłosiła wniosek.

Różne pytania, różne odpowiedzi

Panel amerykański celowo ograniczył się niemal wyłącznie do dużych badań z randomizacją — czyli takich, w których ludzi losowo przydziela się do grupy przyjmującej witaminę D lub placebo, a potem porównuje twarde punkty końcowe: zawały, złamania, nowotwory. Taki rygor ma sens — to najsilniejszy rodzaj dowodu, jaki medycyna potrafi wyprodukować. Ale ma też cenę: odrzuca całą górę danych obserwacyjnych, które od lat wiążą niski poziom witaminy D z gorszym zdrowiem, nawet jeśli nie da się z nich wywnioskować związku przyczynowego.

Polski zespół ekspercki poszedł szerszą drogą — łączył dowody z badań interwencyjnych z danymi obserwacyjnymi na temat tak zwanych plejotropowych, czyli wykraczających poza kości, efektów witaminy D, oraz z głosowaniem panelu ekspertów tam, gdzie twarde dane kończyły się zbyt wcześnie. To metodologia, która daje więcej miejsca na ostrożność — skoro nie mamy pewności, lepiej zalecić więcej niż za mało — kosztem pewności co do tego, czy te dodatkowe zalecenia faktycznie coś zmieniają.

Żadne z tych podejść nie jest z gruntu błędne. To dwa różne sposoby radzenia sobie z tą samą niepewnością.

To nie jest nowy spór

Warto wiedzieć, że napięcie wokół witaminy D nie zaczęło się w 2024 roku. Kiedy amerykańskie Towarzystwo Endokrynologiczne wydało swoje pierwsze wytyczne w 2011 roku — zalecające wyższe dawki niż konkurencyjny raport rządowego Instytutu Medycyny — członkowie tamtego instytutu opublikowali osobną odpowiedź, w której punkt po punkcie kwestionowali wnioski towarzystwa jako nieuzasadnione dostępnymi danymi. Spór trwał więc już wtedy, tylko role były odwrócone: to Towarzystwo Endokrynologiczne było wówczas stroną bardziej liberalną, a instytucja rządowa — bardziej zachowawczą.

Aktualizacja z 2024 roku, która teraz zbliżyła stanowisko towarzystwa do dawnego stanowiska Instytutu Medycyny, sama wywołała falę krytyki z drugiej strony. Michael Holick, endokrynolog, który przewodniczył poprzednim, bardziej liberalnym wytycznym z 2011 roku, publicznie zarzucił nowemu panelowi nadmierne poleganie wyłącznie na badaniach z randomizacją i pominięcie dekad danych łączących niski poziom witaminy D z gorszymi wynikami ciążowymi, częstszymi infekcjami dróg oddechowych czy wyższą śmiertelnością z powodu nowotworów. Osobny artykuł przeglądowy z 2025 roku wprost nazwał wytyczne z 2024 roku „źródłem kontrowersji wśród środowiska medycznego i opinii publicznej" — krytykując zwłaszcza brak jasnych zaleceń dla niemowląt, dzieci i osób o ciemniejszej karnacji skóry.

To nie jest więc sytuacja, w której jedna strona ma rację, a druga się myli i wkrótce to przyzna. To spór metodologiczny, toczący się od kilkunastu lat, w którym wahadło regularnie przechyla się w jedną, potem w drugą stronę.

Gdzie obie strony się jednak zgadzają

Uczciwie trzeba dodać: rozjazd nie dotyczy wszystkiego. Zarówno amerykańskie wytyczne z 2024 roku, jak i polskie z 2023 roku, zgadzają się co do jednego — u zdrowych dzieci nie ma podstaw do rutynowego oznaczania poziomu witaminy D we krwi w populacji ogólnej. Obie strony traktują też nadmierną suplementację jako realne ryzyko, nie tylko teoretyczne: zbyt duże dawki mogą podnosić poziom wapnia we krwi i obciążać nerki oraz układ krążenia.

Różnica dotyczy więc głównie jednego, konkretnego pytania: czy zdrowy dorosły bez czynników ryzyka powinien rutynowo suplementować witaminę D w dawce wyższej niż podstawowa norma dietetyczna. I to w tym miejscu odpowiedzi się rozchodzą.

Co pokazało największe badanie z randomizacją

Największe pojedyncze źródło twardych danych to badanie VITAL — blisko 26 tysięcy zdrowych Amerykanów w wieku 50 i więcej lat, obserwowanych średnio przez 5,3 roku, przyjmujących 2000 jednostek witaminy D dziennie albo placebo. Wynik dla głównych punktów końcowych był jednoznacznie negatywny: suplementacja nie zmniejszyła ani ryzyka nowotworu inwazyjnego, ani ryzyka poważnych zdarzeń sercowo-naczyniowych względem placebo.

Nie oznacza to jednak, że badanie nie pokazało nic. Analiza drugorzędowa wykazała niższą śmiertelność z powodu nowotworów w grupie przyjmującej witaminę D — sygnał, który autorzy sami określili jako wymagający potwierdzenia, a nie gotowy wniosek. Osobna analiza tego samego badania wykazała 22-procentowe obniżenie ryzyka rozwoju choroby autoimmunologicznej, przy liczbie potrzebnej do leczenia rzędu 500 osób — co oznacza, że efekt jest realny, ale bardzo rozcieńczony na poziomie pojedynczego pacjenta.

To właśnie tego rodzaju wyniki — jednoznacznie negatywne dla głównych hipotez, ale z niepokojąco obiecującymi sygnałami pobocznymi — najtrudniej przetłumaczyć na jednoznaczne zalecenie. Panel amerykański przeczytał je jako „nie ma podstaw do powszechnej suplementacji". Zwolennicy szerszego podejścia czytają te same liczby jako „jest tu coś, czego jeszcze nie rozumiemy do końca".

Co z tego wynika w praktyce

  • Twoje ryzyko zależy od tego, kim jesteś, a nie od tego, gdzie mieszkasz. Jeśli jesteś w ciąży, masz powyżej 75 lat, stan przedcukrzycowy albo bardzo ograniczoną ekspozycję na słońce z powodu stylu życia, ubioru czy karnacji skóry — obie strony sporu zgadzają się, że warto rozważyć suplementację lub badanie.
  • Zdrowa dorosła osoba bez czynników ryzyka nie musi się kierować polską normą jak dogmatem. To legalne, ostrożne zalecenie oparte na szerszej interpretacji dowodów — ale nie jedyna naukowo broniona pozycja na świecie.
  • Rutynowe badanie poziomu witaminy D „żeby wiedzieć" ma słabsze uzasadnienie, niż się powszechnie sądzi. Jeśli nie należysz do grupy ryzyka, sam pomiar niewiele zmienia w praktycznym postępowaniu.
  • Więcej nie znaczy bezpieczniej. Górna granica dawki dziennej istnieje nie bez powodu — nadmiar witaminy D kumuluje się w organizmie i może szkodzić, zwłaszcza przy suplementacji „na wszelki wypadek" bez kontroli.
  • Naturalna droga wciąż działa najlepiej tam, gdzie to możliwe. Krótka, regularna ekspozycja skóry na słońce w miesiącach wiosenno-letnich pozostaje najtańszym i najlepiej przebadanym sposobem uzupełnienia zapasów na cały rok — więc jeśli zima wypędza cię z dworu, warto to nadrobić w cieplejszych miesiącach, choćby energicznym spacerem czy treningiem na zewnątrz, w wygodnej warstwie takiej jak kombinezony z linii EnergyFlow, które nie krępują ruchów przy dłuższej aktywności.

Czego jeszcze nie wiemy

Nie ma badania z randomizacją, które bezpośrednio porównałoby polski model dawkowania z amerykańskim modelem minimalnej interwencji pod kątem twardych wyników zdrowotnych w tej samej populacji — obie strony opierają się na różnych zestawach dowodów, nie na bezpośrednim pojedynku między dwoma strategiami.

Nie wiadomo też, jak duży realny wpływ ma szerokość geograficzna sama w sobie, niezależnie od stylu życia — większość dużych badań interwencyjnych, w tym VITAL, prowadzono w Stanach Zjednoczonych, a nie w Europie Środkowej. I wreszcie: sygnały poboczne z badania VITAL, dotyczące nowotworów i chorób autoimmunologicznych, wciąż czekają na potwierdzenie w kolejnych, niezależnych próbach.

Podsumowanie

Nie ma tu jednej strony, która ma rację, i drugiej, która się myli. Jest spór metodologiczny, toczący się od ponad dekady, w którym jedna strona żąda wyłącznie twardych dowodów z randomizacji, a druga woli działać ostrożniej w obliczu niepewności. Polska rekomendacja ma realne uzasadnienie geograficzne, ale nie tłumaczy ono całej różnicy względem norm unijnych i amerykańskich. Amerykańska rekomendacja ma za sobą rygor metodologiczny, ale krytycy słusznie pytają, czy nie odrzuca zbyt wiele wcześniejszej wiedzy.

Jeśli nie należysz do żadnej z grup wysokiego ryzyka, oba stanowiska pozwalają ci podjąć rozsądną decyzję — ale żadne z nich nie powinno być traktowane jako ostatnie słowo nauki w tej sprawie.

Źródła

  • Demay M.B., Pittas A.G., Bikle D.D. i wsp., Vitamin D for the Prevention of Disease: An Endocrine Society Clinical Practice Guideline, „Journal of Clinical Endocrinology & Metabolism", 2024 — pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/38828931
  • Płudowski P., Kos-Kudła B., Walczak M. i wsp., Guidelines for Preventing and Treating Vitamin D Deficiency: A 2023 Update in Poland, „Nutrients", 2023 — mdpi.com
  • EFSA Panel on Dietetic Products, Nutrition and Allergies, Dietary Reference Values for Vitamin D, „EFSA Journal", 2016 — efsa.onlinelibrary.wiley.com
  • Manson J.E., Cook N.R., Lee I.M. i wsp., Vitamin D Supplements and Prevention of Cancer and Cardiovascular Disease (badanie VITAL), „New England Journal of Medicine", 2019 — nejm.org
  • Hahn J., Cook N.R., Alexander E.K. i wsp., Vitamin D and Marine Omega 3 Fatty Acid Supplementation and Incident Autoimmune Disease (badanie VITAL), „BMJ", 2022 — vitalstudy.org
  • Nwosu B.U., Vitamin D for the Prevention of Diseases in Children: A Rebuttal to the 2024 Endocrine Society Clinical Practice Guideline, „Frontiers in Endocrinology", 2025 — pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC12158689
  • Rosen C.J. i wsp. (komitet IOM), IOM Committee Members Respond to Endocrine Society Vitamin D Guideline, „Journal of Clinical Endocrinology & Metabolism", 2012 — pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC5393439

Ten tekst opisuje stan wiedzy naukowej i nie zastępuje porady lekarskiej. Decyzję o suplementacji witaminy D, zwłaszcza w dawkach wyższych niż podstawowa norma, warto skonsultować z lekarzem — szczególnie jeśli należysz do grupy zwiększonego ryzyka niedoboru.

Powrót do blogu